Zamknij
REKLAMA

Polak rozpoczął naftową rewolucję. Dziś jest (niemal) zapomniany [HISTORIA ROPY]

11:23, 06.11.2018 | J.R
REKLAMA
Skomentuj

Ignacy Łukasiewicz dokonał rewolucji technologicznej, która zmieniła bieg historii i ustawiła całe kolejne stulecie. Zbił majątek, ale o jego dokonaniach w dziedzinie rafinacji ropy mało kto pamięta. Jego odkrycia potrafili wykorzystać Amerykanie, a potem cała rzesza naftowych potęg. O tym, jakie były początki uzależnienia ludzkości od ropy, kiedy zaczęły się kłopoty i ile czasu pozostało nam do wyczerpania zasobów – opowiada Andrzej Krajewski, autor książki „Krew cywilizacji. Biografia ropy naftowej”.

NEWSWEEK: O ropę naftową walczy dzisiaj cały świat, a okazuje się, że gdyby nie Polak, nie jeździlibyśmy dziś samochodami na benzynę. Przecież to Ignacy Łukasiewicz jako pierwszy opracował metodę rafinacji ropy – lampa naftowa, z której słynie wynalazca, miała tylko pomóc paliwo sprzedać.

ANDRZEJ KRAJEWSKI: Co więcej, Łukasiewicz sam nie skonstruował lampy naftowej, ale zlecił to zadanie rzemieślnikowi Adamowi Bratkowskiemu. Lampy olejowa, których używano, była nieodpowiednie, bo nafta spala się szybciej i w wyższej temperaturze. Trzeba więc było opracować urządzenie, które wykorzystałoby potencjał paliwa pozyskanego z receptury Łukasiewicza. Bez tej metody sama ropa prosto z ziemi byłaby nieprzydatna. Dopiero po rafinowaniu jej na inne substancje np.: na benzynę czy smar do smarowania łożysk albo produkcji tworzyw sztucznych, okazuje się bezcenna. Tak naprawdę Łukasiewicz dokonał rewolucji technologicznej, która zmieniła bieg historii i ustawiła całe kolejne stulecie.

Dlaczego nie uczy się o tym w szkole?

– To chyba efekt niezrozumienia świata i patrzenia na niego przez pryzmat własnego podwórka. Podkreśla się, że dzięki lampie naftowej można było po raz pierwszy przeprowadzić operację w nocy i że to spopularyzowało polski wynalazek. O rafinacji ropy się zapomina.

Zamiast Łukasiewicza dziś za ojców paliwa uznaje się Amerykanów. Dlaczego?

– Z kilku przyczyn. Po pierwsze, oni mają dużo bogatsze zasoby ropy naftowej niż były w XIX-wiecznej Galicji. Po drugie, sam Łukasiewicz. On, owszem, zbił majątek na ropie, bo zauważył, że poza dostępem do złóż należy mieć też rafinerię. Zrobił dokładnie to, co John Rockefeller w Stanach Zjednoczonych – przejął wszystkie etapy wytwarzania produktów ropopochodnych oraz dystrybucję. Rockefeller wyeliminował wszystkich konkurentów w USA i dyktował ceny. Taka samą szansę miał Łukasiewicz , tyle tylko, że był z natury altruistą. Zbił wielki majątek a potem rozdał. Z czasem pamięć w społeczeństwie się o nim zatarła. A Rockefeller stał się symbolem biznesu końca XIX w. i dziś uznawany jest za najbogatszego człowieka w dziejach świata.

Ani Łukasiewicz, ani Rockefeller nie znaleźliby się dziś w żadnym podręczniku, gdyby nie rewolucja w motoryzacji. Co ciekawe, wiele wskazywało wtedy na to, że serca konsumentów podbiją auta elektryczne, nie spalinowe. Co poszło nie tak?

– Efekt wolnego rynku. To, że dzisiaj samochody elektryczne stają się coraz popularniejsze, wynika ze wsparcia rządów, które uznały to za skuteczną metodę w walce z globalnym ociepleniem i uniezależnienia się od ropy. Ale sto lat temu nikomu nie przyszło do głowy, by promować jakiś rodzaj napędu – wygrywało auto, które chcieli kupić klienci. Pojazdy elektryczne miały prawie doskonały silnik, ale bardzo słabe zasilanie. Ówczesne akumulatory ołowiowe były cięższe niż obecne litowo-jonowe, a miały mniejszą pojemność. Taki samochód ważył dwie tony, w efekcie grzązł na nieutwardzonych drogach, a poza miastem nie było go gdzie doładować. Silnik spalinowy z kolei był mniej wydajny, częściej się psuł, wymagał skrzyni biegów i obudowania technologicznego, by w ogóle ruszył, ale był przy tym praktyczniejszy, bo wystarczyło napełnić bak i ruszyć w trasę. To zdecydowało o sukcesie aut na benzynę. Po rewolucji taśmowej Forda, który montował samochód spalinowy w 13 minut, elektryczne pojazdy ostatecznie odpadły w konkurencji.

W efekcie na ropie można było zbić ogromny majątek. Powstały korporacje, które w okresie kolonializmu drenowały Bliski Wschód i Kaukaz. W 1928 r. przedstawiciele siedmiu największych z nich spotkali się w szkockim zamku i…

– Podzielili między siebie świat. Na spotkaniu byli przedstawiciele holendersko-brytyjskiego Royal Dutch Shell, amerykańskich koncernów: Standard Oil of New Jersey, Gulf, Socal, Texaco i Mobil, oraz brytyjskiego: Anglo-Persian Oil.

Nadano im potem nazwę „siedmiu sióstr”. Potwierdzono wtedy dominującą pozycję Amerykanów na światowych rynkach: mieli mnóstwo własnych złóż, objęli patronatem Wenezuelę, a do tego wymusili na Brytyjczykach podzielenie się Bliskim Wschodem. Nieco wcześniej zawarto tzw. pakt czerwonej linii. W efekcie Iran pozostał w rękach brytyjskich, złoża Iraku dzielono z Amerykanami, zaś w Arabii Saudyjskiej i Kuwejcie dominowały koncerny z USA.

Jak wyglądała eksploatacja Bliskiego Wschodu przez mocarstwa?

– Większość państw na tych terenach była monarchiami absolutnymi, które dostawały od zachodnich korporacji ochłapy za wydobycie ropy. Koncerny zawierały układ z rządzącym – królem Arabii Saudyjskiej albo szachem Iranu – zgodnie z którym władca dostanie określoną kwotę za dzierżawę pól naftowych. De facto było to kilka procent całego zysku, które trafiało do kieszeni monarchy. Jeśli zdecydował się on podzielić z poddanymi, to i mieszkańcy na tym korzystali. Najczęściej jednak pracowali przy wydobyciu jako tania siła robocza. Zarządzali nimi inżynierowie i wykwalifikowana kadra z Zachodu. Innymi słowy, jakieś 97 proc. zysku z ropy opuszczało Bliski Wschód. Taki rabunek w biały dzień.

Na początku XX wieku wiadomo już było, że kolejną wojnę wygra ten, kto ma dostęp do ropy. A miało go każde ambitne mocarstwo. Poza Niemcami.

– Niemcy opracowali technologię wytwarzania paliw płynnych z węgla. Uznali, że zaspokoi to ich zapotrzebowanie. Założenie okazało się zbyt optymistyczne. Dopóki III Rzesza współpracowała ze Związkiem Radzieckim, problemu nie było. Ale gdy wybuchła wojna między obydwoma państwami, okazało się, że niemiecki przemysł chemiczny nie jest w stanie zaspokoić potrzeb jedynie benzyną syntetyczną. Do tego alianci zorientowali się, że siła Rzeszy w znacznej części zależy od syntetyków, zaczęli więc bombardować zakłady chemiczne.

Hitler wyruszył więc na podbój Bliskiego Wschodu i mógł odnieść sukces, bo miał wsparcie Arabów. Podobała im się jego autorytarna forma rządów i stosunek do Brytyjczyków i Żydów. Dlaczego to się nie udało?

– Hitler uważał Arabów za rasę niższą, ale był skłonny do współpracy z nimi, bo łączyła ich niechęć do Żydów, którzy chcieli stworzyć swoje państwo Izrael w Palestynie, i do Brytyjczyków, którzy okupowali region. Ale sprawę Arabów führer uznawał za rzecz trzeciorzędną. Ostatecznie powstały niewielkie oddziały SS złożone z Arabów, ale Niemcy nie doceniali tego wsparcia.

W końcu Bliski Wschód się zbuntował przeciwko Zachodowi. W 1953 r. doszło do zamachu stanu w Iranie. Wszystko przez ropę naftową.

– Na początku lat 50. na czele demokratycznie wybranego rządu w Iranie stanął premier Mohammad Mosaddegh, który pierwsze, co zrobił, to znacjonalizował złoża ropy naftowej. Wydobywał ją wówczas brytyjski koncern państwowy Anglo-Persian Oil. Wydano odpowiednie przepisy, sprzęty przejęli Irańczycy, do zakładów weszło irańskie wojsko. Chcieli wydobywać ropę na własny rachunek, co było zresztą logiczne. Brytyjczycy nie zamierzali na to pozwolić i zareagowali bardzo gwałtownie: zarządzili blokadę morską i planowali nawet inwazję na Iran, ale powstrzymały ich przed tym USA i ZSRR. Historia rozegrała się na poziomie służb. Brytyjskiemu MI 6, przy pomocy CIA, udało się w końcu pozyskać względy szacha Iranu Mohammada Rezy Pahlawiego, który został wcześniej odsunięty na margines przez Mosaddegha. Doszło do zamachu stanu, zachodnie służby osadziły na stołku swojego człowieka, a Amerykanie zdobyli wpływy w Iranie. Szach rządził przez 30 lat, do wybuchu islamskiej rewolucji.

W latach 60. i 70. także w innych naftowych państwach dochodzi do wielkich zmian.

– Państwa Bliskiego Wschodu coraz bardziej uniezależniają się od Zachodu, jednocząc się w ramach Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC). Wkrótce dochodzi też do ataku państw arabskich na wspierany przez USA Izrael. Wojnę Jom Kippur arabskie kraje przegrywają, w odwecie nakładają embargo na sojuszników państwa żydowskiego. Wybucha kryzys naftowy: ceny ropy rosną, na świecie panuje panika, a jednocześnie państwa arabskie, w tym na przykład Arabia Saudyjska, decydują się na nacjonalizację swoich bogatych złóż ropy.

Bogactwo złóż prowadzi państwa do „choroby holenderskiej”, czyli uzależnienia od surowców. Na czym polega to zjawisko?

– Pojęcie „choroby holenderskiej” zostało ukute w latach 70. w odniesieniu do gospodarczych konsekwencji odkrycia dużych złóż gazu ziemnego w Holandii. Na tym to polega, że państwa, które leżą na gazie, węglu, a przede wszystkim ropie, i osiągają z nich ogromne dochody, mają tendencję do uzależniania się od surowca. Zarobione na kopalinie pieniądze władze chętnie rozdysponowują wśród ludu, bo dochodzą do wniosku, że im więcej dadzą obywatelom, tym większą będą cieszyć się popularnością. Ludzie dostają pieniądze za darmo i w efekcie nie opłaca im się tworzyć własne firmy czy zajmować czymś innowacyjnym. Zresztą jest to bardzo trudne z racji kursów walutowych. W okresie popytu na ropę, czy gaz waluty krajów surowcowych są bardzo mocne. To powoduje, że eksport za granicę produktów tam wytwarzanych zupełnie się nie kalkuluje. Za to bardzo łatwo przychodzi kupowanie wszystkiego od zagranicznych producentów z racji silnego pieniądza. W efekcie importuje się wszystko od żywności po samochody i samoloty, co zabija rodzimych producentów. Wówczas „choroba holenderska” rozkwita.

Co się dzieje, gdy ceny ropy spadną?

– W momencie spadku cen surowców kraje od nich uzależnione od razu popadają w głęboki kryzys. Dla wielu państw naftowych jedynym sposobem na przeżycie z chorobą holenderką jest tworzenie ogromnych, liczących setki miliardów dolarów rezerw walutowych. Dzięki nim trwa właśnie Arabia Saudyjska. Sprzyja temu też zresztą tanie wydobycie ropy na Półwyspie Arabskim. Rezerw nie gromadził natomiast Związek Radziecki, którego gospodarka była totalnie uzależniona od cen surowca. Państwo nie miało ani alternatywy w postaci innych dobrze rozwiniętych branż, ani rezerw kapitałowych. Spadek cen na rynku oznaczał katastrofę – to była jedna z przyczyn rozpadu ZSRR. Rosja, choć stara się gromadzić rezerwy i handluje też innymi surowcami niż ropa, odziedziczyła radziecki model. Jednak wielkim jej atutem jest fakt, że społeczeństwo tego kraju cechuje niewyobrażalna dla ludzi z Zachodu zdolność do przetrzymywania każdej biedy. Co pozwala państwu przeczekać spadek cen aż do zmiany koniunktury.

Takiej odporności nie nabyła Wenezuela, która od roku boryka się największym krachem w historii, mimo że wydobywa tyle ropy, co Arabia Saudyjska.

– Wenezuela nie ma innych surowców, nie ma rezerw, a społeczeństwo nie jest przyzwyczajone do ponoszenia takich wyrzeczeń jak choćby Rosjanie. To państwo pokazuje modelowe uzależnienie od ropy. Przywódcy minionych dekad, prezydent Hugo Chavez i jego następca Nicolas Maduro, popełnili wszystkie błędy, jakie się da, by doprowadzić do katastrofy. Nie zrobili nic, by temu zapobiec. To chyba specyfika Ameryki Południowej: jeśli istnieje jakakolwiek nowa ekonomiczna idea, jest duże prawdopodobieństwo, że nastąpi tam próba wcielenia jej w życie.

Jakie błędy popełnili?

– Do lat 90. gospodarka Wenezueli funkcjonowała podobnie jak gospodarki innych państw naftowych, zrzeszonych w OPEC. A więc gdy ceny ropy były wysokie, państwo dobrze prosperowało, a gdy ceny spadały – zadłużało się. Chavez doprowadził jednak do sytuacji ekstremalnej. Dochody czerpał z ropy, a kiedy został prezydentem, ceny były rekordowo wysokie. Zamiast tworzyć rezerwy choćby wzorem Norwegii czy Arabii Saudyjskiej, dochody z ropy rozdano: na darmowe mieszkania, służbę zdrowia, darmowe leki i mnóstwo innych udogodnień socjalnych. Nic dziwnego, że Chavez był tak popularny, bo przez dekadę ludziom bardzo podwyższył się poziom życia.

Zmarł, zanim ceny zaczęły spadać. I zaczęły się kłopoty. Bo jeśli co roku przeznacza się 30 mld dolarów na cele socjalne, to tyle ma być niezależnie od koniunktury, by utrzymać zadowolenie wyborców. Ale co jeśli ropa tanieje i nie ma w budżecie nawet 5 mld? Rozsądnym wyjściem byłoby ścięcie wydatków i zaciśnięcie pasa. No ale wtedy stajesz się niepopularny, bo ludzie są przyzwyczajeni do dobrego, a historia regionu uczy, że niepopularnych przywódców w Ameryce Południowej się obala. I koło się zamyka. Acz Maduro wbrew wszystkiemu potrafi utrzymać swą dyktatorską władzę. Jednak w tej chwili Wenezuela nie jest w stanie już zwiększać wydobycia ropy, bo koncern PDVSA – zresztą znacjonalizowany – nie jest w stanie funkcjonować efektywnie w dotkniętym krachem państwie. Choć przecież ceny ropy ostatnio rosną.

A rolnictwo, przemysł stalowy, usługi?

– Jeszcze za czasów Chaveza to wszystko umarło. I to nie z powodu decyzji rządu, ale w porównaniu z pieniędzmi z ropy nie opłacało się nic innego produkować.

Poza Arabią Saudyjską, Wenezuelą czy Rosją do wielkich państw naftowych zaliczamy też Stany Zjednoczone. Im też grozi choroba holenderska?

– USA stoją na najnowszych technologiach i złoża są tylko uzupełnieniem gospodarki. Gdyby to źródło dochodów zniknęło, Stany doskonale by sobie poradziły.

Arabia Saudyjska i USA są w stanie razem zdziałać cuda, jeśli chodzi o sterowanie cenami ropy.

– Przez zwiększenie wydobycia ropy Saudowie są w stanie bardzo mocno zbić cenę. We współpracy z USA wywierały tak presję choćby na ZSRR w 1984-85. roku, a po aneksji Krymu – na Rosję.

Czyli aby dziś zatrzymać Rosję, wystarczy zwiększyć wydobycie złóż na Bliskim Wschodzie?

– Obawa przed agresywną polityką Rosji to jedno, a ale większy jest strach przed jej rozpadem. Tak samo obawiano się rozpadu Związku Radzieckiego, dlatego Amerykanie do końca wspierali Gorbaczowa. Bali się, co stanie się z bronią atomową, jeśli zaczną się wojny – domowa w ZSRR, lub między państwami powstałymi na gruzach Związku Radzieckiego. A teraz dodatkowo pojawia się pytanie, co by było, gdyby Rosja zawarła bliski sojusz z Chinami przeciwko USA. Zresztą, wyobraźmy sobie zdesperowanych i uzbrojonych po zęby Rosjan u naszej granicy. Zachodowi nie zależy na zagłodzeniu Rosji i jej rozpadzie, ale na tym, by było to państwo zdolne do współpracy.

Gdzie są teraz największe złoża ropy naftowej?

– Najpewniej w Stanach Zjednoczonych w łupkach bitumicznych. Wydaje się, że tych zasobów starczy na kolejne stulecie. Oczywiście wydobycie z łupków jest dużo droższe niż spod piasków pustyni. Arabia Saudyjska ma zysk, gdy ropy kosztuje i 20 dolarów za baryłkę. W USA, kiedy jej cena spada poniżej 50 dolarów za baryłkę wydobycie ropy z łupków przestaje się opłacać.

Czyli nie trzeba się bać, że niedługo ropa się skończy?

– Kiedyś prognozowano, że skończy się w okolicach 1990 roku. Potem mówiono, że wystarczy jej jedynie do końca XXI wieku. Dziś mówi się raczej, że ropa skończy się wtedy, gdy przestanie być technologicznie potrzebna, kiedy będzie można ją zastąpić innymi surowcami lub źródłami energii, których nie trzeba będzie importować z kilku zaledwie regionów . Nie bylibyśmy wtedy tak czuli na kryzysy na Bliskim Wschodzie, a geopolityczna mapa świata radykalnie by się zmieniła.

źródło informacji: newsweek.pl

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (2)

LachimLachim

7 0

Nikt nie zapomina przecież cena oleju to ponad 5.30 za litr :D 13:44, 07.11.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

IgnacyIgnacy

19 0

Łukasiewicz to Wielki Człowiek Odkrywca równy Edisonowi,Tesli czy Noblowi.
Ktoś kto dał energię do skoku cywilizacyjnego XIX i XX wieku w globalnym wymiarze.
Syn naszej Galicyjskiej Ziemi - dla mnie powód do dumy!
Dbajmy więc o wspólne lokalne wartości!


21:17, 07.11.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA
© gorlice24.pl | Prawa zastrzeżone