REKLAMA

Mirosław Nahacz: talent, który za szybko się spalił

17:03, 23.07.2017 | J.R
REKLAMA
Skomentuj

Informacja w naszym portalu sprzed 10 lat: kliknij i zobacz ARCHIWUM

Dzisiaj miałby 33 lata i wciąż byłby młody. Uważano go za jednego z najzdolniejszych pisarzy pokolenia, które przyszło na świat w pierwszej połowie lat 80. Rówieśnik Doroty Masłowskiej, Jakuba Żulczyka i Agnieszki Drotkiewicz. Samorodny talent, autor czterech książek, które wciąż odczytuje się na nowo. Łemko, chłopak z Beskidów, w Warszawie żył na krawędzi. Czy to miasto go zniszczyło? Mija dziesięć lat od samobójczej śmierci Mirosława Nahacza.

  • 24 lipca mija 10 lat od samobójczej śmierci Mirosława Nahacza; pisarz zmarł mając 23 lata
  • Nahacz był autorem czterech powieści: "Osiem cztery", "Bombel", "Bocian i Lola", "Niezwykłe przygody Roberta Robura"
  • Żulczyk o Nahaczu: Był w nim jakiś obezwładniający urok, a on umiał to wykorzystywać. Autodestrukcyjność była popisem. To był człowiek, który przeżywał świat we wzmożonym napięciu.
  • Ostatnia, niedokończona powieść Nahacza została w 2016 r. przeniesiona na teatralne deski przez Krzysztofa Garbaczewskiego (spektakl "Robert Robur")

Jego rok na kulturoznawstwie uważało się za elitarny. Mirek usiadł w jednej ławce z Dorotą Masłowską, szybko się zaprzyjaźnili. Ich nazwiska coraz częściej zaczynało się wymieniać jednym tchem. Oboje debiutowali jeszcze przed maturą i przyjechali do Warszawy z małych miejscowości na przeciwległych krańcach Polski. Oboje zaczęli też być aktywni w środowisku związanym z czasopismem "Lampa". Każde z nich miało doskonały słuch językowy, choć Nahacz i Masłowska to twórcy o różnych zainteresowaniach i temperamentach. - Dorota czuła się już mocno zakorzeniona w Warszawie. Miała też na tyle dobre zaplecze życiowe, żeby móc skupić się na studiach i pisaniu. Mirek emocjonalnie nadal był w swoich górach i ciągle tam wracał. Z drugiej strony szybko się uniezależnił. Musiał zarabiać i cały czas kombinował, jak się utrzymać z pisania. Próbował różnych zajęć – pisał scenariusz serialu, pracował jako barman w klubie, ale z czasem coraz dobitniej podkreślał, że nie widzi dla siebie innej drogi niż utrzymywanie się z pisania. On postanowił, że będzie pisał i starał się sprostać temu postanowieniu ze wszystkim tego konsekwencjami – wspomina Michał Sufin. Kiedy do grona studentów kulturoznawstwa dołączyła Agnieszka Drotkiewicz, zaczęto mówić o trójcy młodych pisarzy, których książki są głosem pokolenia Polaków urodzonych w pierwszej połowie lat 80.

Zostawił powieść i się zmył

Monikę Sznajderman i Andrzeja Stasiuka znał od najmłodszych lat. Jego mama, nauczycielka historii, uczyła ich dzieci w szkole w Gorlicach. Mirek często ich odwiedzał. Stasiukowie najpierw mieszkali we wsi Czarne, 30 kilometrów od Gładyszowa. W spartańskich warunkach zakładali wydawnictwo. Mieszkali w chacie bez prądu, ale mieli mnóstwo książek. Ich biblioteka zawsze robiła na Mirku wielkie wrażenie. Chętnie przychodził, żeby pożyczać książki, także później, kiedy Stasiuk i Sznajderman przenieśli się do Wołowca. "Ja nie wiedziałam, że Mirek w ogóle pisze. Dopiero jak Dorota Masłowska wydała tę pierwszą książkę «Wojna polsko-ruska», jak Mirek to przeczytał, przyjechał ze szkoły… tak padało wtedy, tak brzydko było, to było w listopadzie czy w październiku, miał wtedy taką raportówkę, taką teczkę… To było w klasie maturalnej już i on mówi: Mamo, zawieź mnie do Andrzeja Stasiuka, do Wołowca, do Stasiuków mnie zawieź, bo ja muszę coś im zawieźć, bo ja mam też taką książkę jak Dorota. No dobrze, no to cię zawiozę" – wspominała Helena Nahacz w wywiadzie z Aleksandrą Horubałą.

Stasiuk mówił potem, że najbardziej się bał, że Mirek wręczy mu młodzieńcze wiersze. Ale to nie były wiersze. Nastoletni Nahacz bez słowa położył na stole swoją debiutancką powieść i natychmiast zmył się przestraszony. Andrzej Stasiuk zadzwonił jeszcze tej nocy. Powiedział: wydajemy.

Kumple, którzy stali się pierwowzorami postaci Andrew i Muka wiedzieli, że Mirek pisze o nich powieść, ale myśleli, że do szuflady. Stało się inaczej. O ich imprezach i wspólnych włóczęgach przeczytała cała Polska. Pani Helena była tak zawstydzona wulgaryzmami w "Osiem cztery", że nie mogła doczytać książki do końca. Dopiero po publikacji "Bombla" się przemogła. "«Bombel» od razu mi się spodobał, nawet moja mama przeczytała. «Osiem cztery» nikogo bezpośrednio nie dotykało, natomiast «Bombel» to jest powieść z tego gładyszowskiego grajdołka, z tego «bagienka» (…). Bardzo dużo rzeczy w «Bomblu» działo się naprawdę w Gładyszowie i nawet nie przypuszczałam, że Mirek wie o takich sprawach. W pewnym momencie pisze o tym, jak Pietrek z kolegą rozmawiają sobie, takich dwóch pijaczków. Ten Pietrek to był mój sąsiad zaraz przez łąkę. A Bombel tytułowy to jest ojciec Mirka kolegi i mój uczeń zresztą, on jest bardzo dumny z tego, że Mirek o nim książkę napisał, dostał od Mirka egzemplarz. Nawet sępił pieniądze z tego tytułu, jak studenci przyjeżdżali, to się przedstawiał, że on jest Bombel" – mówiła Helena Nahacz we wspomnianym wywiadzie.

Barwy ochronne

"Warszawa go zabiła." To zdanie, w różnych wersjach, powraca jak ponury refren w wypowiedziach wszystkich, którzy opowiadają o Mirku Nahaczu. Mówią, że to miasto wchłonęło go, wciągnęło w wir, z którego nie potrafił się wyplątać.

- Nie pamiętam dokładnie, kiedy go poznałem. Może to było w momencie, kiedy wyprowadził się z Beskidów, a może jeszcze w Wołowcu, kiedy przychodził do Andrzeja i Moniki. Na pewno mieliśmy do czynienia z talentem, który się gwałtownie spalił, co w gruncie rzeczy często się zdarza. Widziałem go zaledwie parę razy. Robił wrażenie młodego człowieka, który z jednej strony chce być przebojowy i trzymać fason, a z drugiej wydaje się wycofany, a nawet przestraszony. Myślę, że chyba za szybko wyskoczył ze swojej prowincji i świata, w którym czuł się bezpiecznie. Pewnie zaszkodziło mu rock’n’rollowe życie w stolicy, alkohol, używki. Kiedy przyjeżdżasz z małej miejscowości do Warszawy i wpadasz w kocioł imprez, klubów i dragów, to wszystko bardzo szybko może cię rozwalić, zwłaszcza jeśli jesteś bardzo wrażliwym chłopakiem – mówi Krzysztof Varga.

Kaptur na głowie, dystans, wycofana postawa. To był jego sposób na obronę, przed światem, którego nie znał. - Poznałem Mirka jako kolegę ze studiów. Dopiero później dowiedziałem się, że jest pisarzem. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażanie trochę zawadiackiego, trochę gruboskórnego i niedostępnego. Ale myślę, że ktoś, kto tak jak on szybko musi dorosnąć i z dnia na dzień przenosi się do dużego miasta na studia, instynktownie przywdziewa taką maskę ochronną. Potem okazało się, że pod tą maską kryje się bardzo serdeczny, bardzo ciepły i gościnny człowiek. Kiedy już wszedłeś do jego świata, poznawałeś zupełnie innego Mirka. Warszawa wydawała mu się agresywna, a on jako wrażliwy chłopak, czuł potrzebę, żeby się przed nią bronić – mówi Michał Sufin.

- Mirek w mieście szukał guza. Był łobuzem. Żył życiem nocnym ze wszystkim, co się na nie składa. Owszem, Warszawa go przytłoczyła, ale też szalenie fascynowała. Z jakiegoś powodu chciał tu być – opowiada Jakub Żulczyk, który z Nahaczem przyjaźnił się od 2005 roku.

O toksycznych relacjach młodego pisarza z Warszawą napisał też zaprzyjaźniony z nim Kazimierz B. Malinowski w posłowiu do wydanej po śmierci autora powieści "Niezwykłe przygody Roberta Robura": "Mirko znosił miasto źle. Mleczna wiejska wrażliwość podkręcona dobrej próby krytyczną inteligencją zaiskrzyła zębami po warszawskim asfalcie. Szczątek dzikiej przyrody wzdłuż brzegu Wisły po praskiej stronie to było za mało, żeby oddalić uczucie labiryntowej klaustrofobii. Kiedy go mocno dławiła, wracał do siebie w Beskid, do Gładyszowa, jak bokser po rundzie do narożnika, aby odetchnąć. Ale nie dawał za wygraną i stawał do walki znowu. Jak jednak wiadomo, nikt jeszcze nie pokonał niezłomnego miasta Warszawy. A był tam centralnie wystawiony na ostrzał, jednak pewny, że przechytrzy stolicę. Urodziwy, ponadprzeciętnie bystry, utalentowany, z renomą wschodzącej gwiazdy literatury, a wciąż wyzywająco niezdeprawowany".

Michał Sufin mówi, że nawet przed bliskimi przyjaciółmi Mirek miał swoje tajemnice. - Zdarzało się, że gdzieś wyjeżdżał, a my nie mieliśmy pojęcia dokąd. Miał w Polsce dużo różnych grup znajomych, którzy nie wiedzieli o sobie nawzajem. Odwiedzał ich raz na rok czy dwa lata. Nie zaprzyjaźniał się łatwo, ale kiedy już to robił, angażował się w to całkowicie.

Urok Jima Morrisona

I jeszcze jeden fragment tekstu Kazimierza Malinowskiego: "Na Ordynackiej cegłą witrynę wybił, po pijaku spacerując z mą koleżanką. Niesłychanie nam tym zaimponował, bo co innego wybić szybę na wsi, w jakimś GS-ie albo w miasteczku powiatowym, a co innego w samej stolicy centrum – to już prawie początek powstania". Wspomnianą koleżanką miała być Dorota Masłowska, a niesubordynowani studenci w wyniku zajścia wylądowali na komisariacie. Nahacz oczywiście wziął winę na siebie.

Michał Sufin: - Mam z nim wiele miłych i wesołych wspomnień, bo na tym opiera się przyjaźń, a myślę, że byliśmy dobrymi przyjaciółmi. Wydaje mi się, że po tamtych czasach została we mnie taka młodzieńcza sztubackość. Na kulturoznawstwie byłem tylko przez rok, potem przeniosłem się na wiedzę o teatrze i spotykaliśmy się już tylko na wagarach i po zajęciach. Pamiętam, jak kiedyś nad Wisłą pijany winem Mirek wskoczył do wody o dwunastej w nocy, czym strasznie zdenerwował Dorotę. Była wściekła, że nas nie szanuje, znikając na dziesięć minut w Wiśle. On, przyzwyczajony do życia blisko natury, zupełnie nie rozumiał, co niby takiego zrobił. Straszliwie się na nas wtedy obraził, co było u niego zupełną rzadkością. Poszedł na most i postanowił zamówić taksówkę. Problem w tym, że żadna korporacja nie chciała przyjąć zamówienia na most Poniatowskiego. Musiał być dokładny adres. Z numerem. Po kilku nieudanych próbach, wkurzony Mirek sprecyzował: most Poniatowskiego 1. Taksówka przyjechała w ciągu kilku minut.

Jakub Żulczyk: - W towarzystwie, w którym obracaliśmy się z Mirkiem, raczej panowała atmosfera zabawy i wygłupu. Mirek też nie sprawiał wrażenia osoby zdołowanej. Był gościem, który lubił opowiadać kawały, lubił się wygłupiać i pić wódkę. Miał w sobie energię muzyka rockowego, takiego Jima Morrisona. Był w nim jakiś obezwładniający urok, a on umiał to wykorzystywać. Ta jego autodestrukcyjność była trochę takim popisem. Elementem entourageu, który wokół siebie kreował.

Zamieszkał na Pradze razem z Anią, jeszcze szkolną miłością. Cały czas pisał, ale żeby się utrzymać, musiał szukać dodatkowych zajęć. Kiedyś zwróciła się do niego ekipa serialu "Egzamin z życia". Szukali młodych pisarzy do współpracy. Zgodził się natychmiast. Ale nie zawsze zarabiał piórem. Był czas, kiedy stał za barem w warszawskim klubie Tomba Tomba.

Warszawa wdarła się do jego powieści. W "Bocianie i Loli" nie było już śladu naiwnej prostoty "Osiem cztery" i "Bombla". Wielu nieprzygotowanych czytelników nie umiało się połapać, o co w tej książce chodzi. To proza znacznie bardziej chaotyczna i rozedrgana, narracją rządzą halucynacje i luźne skojarzenia, a powieściowa rzeczywistość ma znamiona dusznego sennego koszmaru. Sam Mirek Nahacz też się zmienił -  nie tylko mentalnie, ale i fizycznie. Nie był już delikatnym długowłosym chłopcem, który stremowany wystąpił w "Rowerze Błażeja" tuż po premierze "Osiem cztery". Teraz wyszczuplał, spoważniał, ogolił się "na zapałkę". Na spotkaniach autorskich czuł się pewniej, pytania czytelników przestały go onieśmielać. "Bardzo często nie mogę tego zrozumieć, jak przyjeżdżam z Warszawy do Gładyszowa i wychodzę z autobusu, to w ogóle strasznie się dziwię, że rzeczywistość może pomieścić coś tak różnego, tak diametralnie różne światy" – mówił w audycji radiowej "Świat młodych". Fascynował go ten rozłam i nieprzystawalność dwóch rzeczywistości. Warszawski moloch zdawał się światem, którego nie dało się ogarnąć, ani zamknąć w żadnych ramach. - Planował wydać jeszcze jedną książkę. Miała nosić tytuł "Wiele przygód" i składać się z opowiadań o narkotykach. Część została napisana, ale niestety gdzieś to chyba poginęło. Czytałem rozdział z tej książki, który był genialny. Skasowałem go na prośbę Mirka, jeszcze kiedy żył – mówi Jakub Żulczyk.

Przeżyć wszystko samemu

Michał Sufin: - Mirek, mimo wiecznego kaptura, pod którym się chował i chmurnej aury, jaką roztaczał wokół siebie, angażował w życie i pisanie bardzo wiele emocji. Wszystko na sobie sprawdzał. Jego powieści nie są może autobiograficzne, ale na pewno były mocno zakorzenione w jego doświadczeniach. Myślę, że pociągała go wizja pisarza, który jest bardzo blisko życia, wszystkiego próbuje, przetrawia to w sobie a potem wypluwa w formie literatury. Rzucał się na bardzo duże tematy, chciał już, teraz stworzyć największą rzecz w swoim dorobku, a to go wyczerpywało i zużywało emocjonalnie. Z drugiej strony, nie nazwałbym go nadwrażliwcem. Był chłopakiem, który wolał poskakać po drzewach, niż się nad sobą użalać. Kiedy szalał, nie przebierał w środkach.

- To był człowiek, który przeżywał świat we wzmożonym napięciu. Próbował zagłuszyć swoje różne lęki i obsesje. Bardzo wielu artystów tak robi, tylko, że u niego w pewnym momencie zaczęło to się stawać niebezpieczne – wspomina Jakub Żulczyk i dodaje: - Pamiętam, i robiło to na mnie niesamowite wrażenie, Mirka jako niesłychanie odważnego i asertywnego. Nie bał się powiedzieć drugiej osobie, że pieprzy głupoty i podać na to argumentów. Nie miał hamulców, żeby kogoś skrytykować, zawsze mówił prawdę w oczy. A z drugiej strony potrafił zachwycać się światem, być wdzięcznym za proste rzeczy. Nie bał się okazywać emocji, tak jak nie bał się okazywać sprzeciwu. Bardzo niewielu jest takich ludzi jak on.

Krzysztof Varga: - Gdyby ta jego kariera nie wybuchła tak gwałtownie, gdyby wolniej się rozwijała… Można oczywiście gdybać, choć trudno decydować za kogoś o jego życiu. Intuicja jednak mi podpowiada, że gdyby został w Gładyszowie, mógłby stać się doskonałym malarzem prowincji – tej prowincji zdegradowanej, PGR-owskiej. Mógłby ją przedstawić z zupełnie innej perspektywy niż Stasiuk, bo z perspektywy chłopaka, który się tam urodził i był z pochodzenia Łemkiem. Ale mówię to tylko jako czytelnik, bo przejeżdżałem kiedyś przez rodzinne miasto Nahacza i zdaję sobie sprawę, że nie jest to miejsce, w którym młody i zdolny chłopak chciałby spędzić resztę życia. Jak się urodzisz w takim miejscu i mieszkasz w nim kilkanaście lat, to myślisz tylko o tym, żeby się jak najszybciej stamtąd wyrwać. To są zupełnie zrozumiałe emocje.

Jakub Żulczyk: - Zasugerował mi kiedyś, że chce odebrać sobie życie. Mówił to zresztą wielu osobom, ale nikt nie brał tego na poważnie. Trudno było na serio dopuścić taką możliwość, mając do czynienia z chłopakiem, który wydał trzy książki, odniósł sukces, był błyskotliwy, przystojny i miał ogromne powodzenie u kobiet. Był szalenie charyzmatyczną postacią. Być może, gdyby Mirek został w górach, też popełniłby samobójstwo. Może to jest w człowieku, niezależnie od tego, co się dzieje. Taka plama na duszy.

Epilog

Po śmierci Mirosława Nahacza powstało o nim kilka filmów dokumentalnych. Pani Helenie Nahacz najbardziej spodobał się amatorski film zatytułowany "Czuha", nakręcony przez łemkowską młodzież. Powstały w 2009 roku dokument "Miejsca przeklęte: Niezwykły przypadek Mirosława N." do dziś za bardzo ją przygnębia. Do Anny Mączki autorki filmu pt. "Mirek" miała z kolei pewien żal. Spędziła przed kamerą kilka dni. Pokazała ekipie dom, zaprowadziła do cerkwi, na cmentarz, ale w filmie pokazano tylko jak mówi, że w pokoju Mirka był straszliwy bałagan. A przecież nie to było najważniejsze.

Było jej czasem przykro, że we wspomnieniach o Mirku tak często przywoływano opowieści o alkoholu i używkach, bo syn nigdy nie pił w domu. Często pisano, że Nahacz od Łemków nauczył się pić eter. To prawda, ale taka była część łemkowskiej tradycji. Bolały ją też negatywne recenzje "Niezwykłych przygód Roberta Robura", które ukazały się dopiero dwa lata po śmierci Mirosława Nahacza, kiedy on sam już nie mógł się bronić. Z ostatnią powieścią od początku były zresztą problemy. Najpierw Czarne odmówiło jej publikacji. Maszynopis niedokończonej i niezredagowanej jeszcze wersji przejęło wydawnictwo Prószyński, które zdecydowało się ją wydać pod naciskiem piszących listy czytelników. Książka nie miała jednak dobrej prasy. "Roburowi", który był po części kryminałem, pastiszem i orwellowską wizją zniewolonego świata pod dyktatem mediów, zarzucano brak spójności, chaotyczność, natłok wątków, nad którymi autor nie był w stanie zapanować.

Historia "Robura" w zeszłym roku zyskała jednak ciąg dalszy. Niedokończony tekst, który niespecjalnie spodobał się krytykom, nadspodziewanie dobrze sprawdził się w teatrze. Powieść na potrzeby teatralnego scenariusza zaadaptował Jakub Żulczyk, a reżyserii sztuki podjął się urodzony w 1983 r. Krzysztof Garbaczewski. Reżyser spektaklu jest przekonany, że dopiero teraz, po dziesięciu latach od powstania "Niezwykłych przygód Roberta Robura" jesteśmy w stanie właściwie odczytać tę powieść. Jak mówi: - Ta książka ma swoje mankamenty, ale krytycy nie zauważyli, że jest na swój sposób prekursorska. Nahacz chciał napisać rzecz bardzo ambitną, rozpisując rzeczywistość na pewną panoramę. Wielowątkowość powieści wcale nie jest, jak sugerowano, jej wadą. Ona bardzo dobrze odzwierciedla współczesny świat, który jest kontrolowany przez media. W czasach, w których kluczowe staje się pojęcie fake news i w których nagle możliwe staje się uprawianie propagandy w telewizji, okazuje się bardzo aktualna.

Podobnego zdania jest Jakub Żulczyk, który tłumaczy: - To dość wizyjna książka, która pozostawia duże pole do interpretacji. Krzysztof Garbaczewki zrobił z niej wspaniałe przedstawienie. Ta powieść uruchamia wyobraźnię, a na scenie, w interpretacji Garbaczewskiego, zmienia się we wspaniały teatr wyobraźni. Krzysiek wycisnął z tekstu całą symbolikę i utkał z niej coś pięknego i szalonego. Nie wszyscy zrozumieli, że intencją Mirka była parodia. "Niezwykłe przygody Roberta Robura" miały w kpiarski sposób nawiązywać do literatury science fiction klasy B. Nahaczowi marzyła się nawet okładka przypominająca estetyką pierwsze okładki powieści Robera Ludluma z lat 90. z nazwiskiem autora wybitym złotą czcionką. Ta powieść w wielu miejscach została napisana jako celowo zła literatura, tworzona na kwasie. Krytycy tego nie wyłapali, ale doskonale zrozumiał to Garbaczewski.

Mirosław Nahacz intuicyjnie wyczuwał chaos i brak zakorzenienia we współczesnym świecie, a czytelnik z biegiem czasu coraz lepiej rozumie intencje przedwcześnie zmarłego pisarza. "Gdyby zatrzymali mnie tam na zawsze, nie ma już nikogo, komu by mnie brakowało, jestem niepotrzebnym ciałem, nie różnię się od innych ciał, moje myśli to złudzenie, kiedy znikam, układ się nie zmienia, nie ma nikogo, kto mógłby to zauważyć. Nie ma nikogo, kto na mnie patrzy" – pisał w "Niezwykłych przygodach Roberta Robura".

źródło: książki.onet.pl

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (5)

BoboBobo

8 0

Roberta Ludluma a nie Robera Ludluma... 14:10, 24.07.2017

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

haczahacza

11 0

Świat dzisiejszy nie lubi wrażliwych i niepokornych młodych ludzi - takich co obnażają jego byt.
Mirek do takich należał, i jak widać nie dał rady dźwignąć swego przeznaczenia...
Zastanawiam się jaki byłby dzisiaj. O czym by pisał - na pewno o prostych rzeczach
ale trudnym ich pojmowaniu.
Szkoda talentu. To wielka strata dla nas wszystkich. 21:23, 26.07.2017

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

wernyhorawernyhora

11 0

Jak pochylam się nad jego grobem zawsze zadaję sobie to pytanie. Dlaczego? 21:29, 26.07.2017

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

Abdul Abdul

9 0

Mirek :-( Na zawsze z nami !!!!! 21:59, 27.07.2017

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

AryskafanderAryskafander

4 2

Smutne, a jednocześnie jakże typowe... O Nahaczu akurat wiemy, ale ilu tak wielkie miasto wciągnęło bez śladu, utonął w wódzie i narkotykach. 08:23, 10.08.2017

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA
REKLAMA
© gorlice24.pl | Prawa zastrzeżone | 2017